Dzisiaj „From Dust to Ballads” jest już dostępne w całości. Zbieg okoliczności sprawił, że na dzień premiery wypadł wpis o najcięższym utworze na płycie — i chyba dobrze, bo to on jest jej środkiem ciężkości.
„Broken Vows” jest siódmy w kolejności i najdłuższy z pierwszej połowy albumu. Nie o stracie. O złamanej obietnicy, a to nie to samo.
Obietnica, która się rozsypuje
Utwór zaczyna się zdaniem: „The vows that we swore, now they crumble to dust. Each promise a wound, bleeding pain I can’t trust” — przysięgi, które złożyliśmy, rozsypują się w pył; każda obietnica jest raną, z której cieknie ból, któremu nie umiem zaufać.
To ostatnie jest sednem. Nie „ból, którego nie zniosę”, ale „ból, któremu nie ufam”. Kiedy ktoś łamie obietnicę, tracisz nie tylko tę osobę. Tracisz pewność własnego rozpoznania — bo przecież uwierzyłeś, a więc twoja ocena okazała się do niczego.
Trzecia zwrotka dopowiada: „Each vow that we broke, now a chain of my fears” — każda przysięga, którą złamaliśmy, jest teraz łańcuchem moich lęków. Zauważ „złamaliśmy”. Nie „złamałaś”. W tym utworze nikt nie jest czysty.
Dlaczego to nie jest utwór o zdradzie
Na poprzedniej płycie był utwór o zdradzie — „Shades of Betrayal”. Tam zdrada była paliwem: ktoś zrobił coś podłego, a bohater zamienia to w siłę i idzie dalej.
Tutaj nie ma takiego wyjścia, bo nie ma winnego do wskazania. Obietnice rzadko łamie się z premedytacją; częściej po prostu przestaje się je utrzymywać, dzień po dniu, aż zostaje sama forma. Na to nie ma okrzyku bojowego.
Jest w tym utworze jedno miejsce, którego nie zacytuję — pre-refren schodzi tam najniżej na całej płycie. W piosence to działa, bo refren odpowiada mu zdaniem „From the ashes of love, I’ll rise someday” — z popiołu miłości kiedyś się podniosę. Wyrwane z kontekstu brzmiałoby jak coś, czym nie jest, więc zostawiam je w utworze.
Sześć minut bez skrótów
To najdłuższy utwór pierwszej połowy płyty — ponad sześć minut, trzy pełne zwrotki, refren cztery razy. Świadomie nie skróciłem ani jednej części.
Żal nie jest ekonomiczny. Chodzi w kółko, wraca do tych samych zdań, przypomina sobie rzeczy, o których już raz było. Utwór o żalu, który trwa trzy minuty i sprawnie się zamyka, byłby o czymś innym.
Aranż jest przez to najbardziej cierpliwy na płycie: fortepian i smyczki przez pierwsze dwie minuty, perkusja wchodzi dopiero w drugiej zwrotce, a najgęstsze miejsce to mostek — pod koniec, nie w środku.
Co robić z czymś, czego nie da się naprawić
Przy stracie działa czas. Przy złamanej obietnicy czas nie wystarcza, bo problemem nie jest to, że kogoś nie ma, tylko to, że coś się okazało nieprawdą.
Jedyna rzecz, która u mnie zadziałała, jest niewygodna: trzeba przestać szukać wersji, w której to miało sens. Nie miało. Ludzie obiecują więcej, niż potrafią unieść, i robią to najczęściej szczerze w momencie obiecywania.
To nie jest pocieszające, ale zwalnia z jednego wysiłku — z rozumienia. A kiedy przestajesz rozumieć, zostaje siła na resztę.
Całej płyty posłuchasz od dziś na Spotify, Apple Music i YouTube Music.
W kolejnym wpisie opowiem o „Shades of Solace” — o pocieszeniu, które przychodzi na chwilę i znika.
Dziękuję, że tu jesteś.
Adam Smentoch Twórca projektu Dust Anthem





